PARK LINOWY...YEAHHH...TO JEST TO :)
"Wiosna - cieplejszy wieje wiatr
Wiosna - znów nam ubyło lat
Wiosna - wiosna w koło, rozkwitły bzy
Śpiewa - skowronek nad nami
Drzewa - strzeliły pąkami
Wszystko - kwitnie w koło i ja i ty"
"Skaldowie - Wszystko kwitnie w koło"
Ciepłe, słoneczne południe. Niedziela - dzień wolny, przeznaczony na słodkie lenistwo. Nie, to nie tak było :p
Jeszcze raz, od początku ;)
Słońce - zgadza się było. Delikatne jak na tę porę roku przystało. Twarz muskał ciepły, coraz przyjemniejszy wiatr.
Niedzielne popołudnie. Krzyś wpadł na jeden ze swych genialnych pomysłów. On chyba lubi sprawdzać moją sprawność fizyczną
i zaprawienie w boju...hihi.. Wówczas nie ma co marzyć o wylegiwaniu na kanapie, spokojnym spacerze,
czy zwyczajnym nie robieniu niczego. Ogólnie mnie to bardzo cieszy. W naszym życiu nie będzie nigdy czasu na nudę
czy monotonie. Zawsze jest pełno zabawy i full ekstremum. Już taki nasz związek. Idealnie dobrane proporcje,
zarówno podobieństw jak i sprzeczność. Pozwolę sobie na więcej korzystając z okazji. Jesteśmy bardzo dobrym
przykładem teorii "jabłka i dwóch identycznie pasujących do siebie połówek" ;)
Wracając jednak do meritum.
Ubrani w wygodną odzież do wspinaczki, z zapakowanym koszykiem na ewentualną możliwość
urządzenia sobie mini piknik na świeżym powietrzu ruszyliśmy do Kobylnicy ( około 15 km od Poznania w stronę Gniezna)
Miejsc parkingowych jest na szczęście pod dostatkiem. Idziemy odebrać sprzęt. Karabinki i odpowiednio dopasowana uprząż biodrowa to oczywiście nie wszystko. Przydziałowo panie otrzymują kask żółty, panowie niebieski. Co by to fryzurka za ładna nie pozostała :p
Dobrze, że wiek i doświadczenie nie grają tu większej roli;)
Wchodzimy na teren parku. Widok jest doprawdy niecodzienny. Dookoła otaczają Nas umieszczone na wysokościach belki, kładki, siatki, pętle i różnego rodzaju liny.
Po chwili podchodzi instruktorka i zostaje nam wygłoszony kilkuminutowy wykład z zakresu posługiwania się sprzętem asekuracyjnym, a także mamy okazje w praktyce poćwiczyć zdobytą wiedzę. Na szczęście Krzysiatko nie jest nowicjuszem w tej dziedzinie, więc mimo natłoku informacji o karabinkach, linach, systemie platform i przeszkód mogę czuć się wyjątkowo spokojnie i bezpiecznie.
Jak się jednak okazało do czasu :p
Jako, że mój Michul lubi wyzwania, nie trudno się domyślić, że trasa którą wybrał należała do najtrudniejszych. Jak zostaliśmy poinformowania polecana jest osobom wysportowanym i lubiącym mocne wrażenia (i tu zastanowiłabym się trochę, czy oby dobrze została ona dopasowana do naszych mieszczańskich możliwości - mam tu na myśli gównie kondycję, ale czego to się nie robi dla dobrej zabawy i swego ukochanego rzecz jasna :p )
W celach informacyjnych należy dodać, że wszystko odbywać się będzie na wysokości 15metrów , a cala przygoda kończy się zjazdem tyrolskim.
Po wejściu na pierwszą przeszkodę poczułam uderzenie, niezwykle szybko zalewającego me całe ciało ciepła. Wysokość, lęk przed skokiem na drugą przeszkodę spowodowały, że przysiadłam przy drzewie kurczowo trzymając się Krzysinej łydki.. Z perspektywy czasu stwierdzam, że musiało to niezwykle komicznie wyglądać hihihi
Trzy wdechy i skok. Teraz rozumiem, skąd nazwa "skok tarzana".
Udało się. Początkowo są małe trudności z utrzymaniem równowagi, ale wierzę w dobrą jakość zabezpieczeń i cenne wskazówki mego prywatnego instruktora - i tu należą Ci się ukłony Krzysiu ;)
Próbujemy dalej. Przed nami ruchome kładki, beczka, sieć rybacka. Mijamy kolejne platformy. Muszę przyznać, że wrażenia są niesamowite. Adrenalina cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie. Może trudno w tej chwili wyobrazić sobie zadowolenie jakie nam towarzyszyło gdy okazało się, że połowę trasy mamy już za sobą :) a my cały czas raz z mniejszym, innym razem z nieco większym trudem dzielnie przechodzimy kolejny etap wspinaczki.
Co tu więcej pisać. Wklejamy zdjęcia, które stanowią rodzaj małej namiastki dokumentującej ten niepowtarzalny sposób spędzenia wolnego czasu i oczywiście namawiamy do spróbowania swych możliwości ;)
Dodano: 2010-02-01
|