|
|
|
|
|
|
|
|
|
Ostatnio dodane:
Karpacz 2008,
Drezno 2009,
Narty 2009,
Closterkeller 2010
Dlugi Weekend 2009
|
|
|
|
|
|
Przystanek Woodstock - 31.VII - 2.VIII 2009 - oj działo się...
Woodstock, woodstock, woodstock ... to słowo rozbrzmiewało ostatnio
coraz częściej wsród naszych znajomych, każdy albo już tam był, albo dopiero
się tam wybierał, wszystkim opowieściom towarzyszyła zawsze aura tajemniczości,
działy się tam podobno rzeczy niesamowite o których głośno nie wypada mówić.
No nic, tak dłużej nie może być, stwierdziliśmy, i zaczęliśmy sie pakować
aby na własne oczy zbadać o co w tym wszystkim chodzi...
Przystanek Woodstock to festiwal muzyczny organizowany corocznie począwszy
od roku 1995. Pierwszy Przystanek odbył się w lipcu w miejscowości Czymanowo
nad jeziorem Żarnowieckim. Odwiedziło go wówczas około 30 tys. osób. Kolejny
Przystanek miał miejsce w Szczecinie Dąbiu i gościł 20 tys. osób.
Kolejne trzy edycje odbyły się w Żarach.
Wyłom w corocznej tradycji zawdzięczamy Lęborkowi gdzie w roku 2000 grupa mieszkańców
stworzyła "Komitet Obrony Moralności" i oprotestowała organizowanie w ich mieście
tej imprezy nie zważając co ciekawe na to, że Przystanek do Lęborka trafił na
zaproszenie władz miasta. Niezdrowa atmosfera spowodowała, że organizatorzy
zdecydowali sie odwołać tą edycję imprezy. Mimo to około tysiąca osób przyjechało
na Przystanek. Impreza odbyła się bez występów profesjonalnych zespołów,
będąc w istocie rockandrollowym piknikiem, określanym później jako Dziki Przystanek Woodstock.
Na kolejne 3 lata Przystanek trafił ponownie do miejscowości Żary aby ostatecznie
od roku 2004 zadomowić się w Kostrzynie nad Odrą.
Tegoroczny Przystanek Woodstock odbył się w dniach 31 lipca -
2 sierpnia w Kostrzynie nad Odrą, motywem przewodnim imprezy była przypadająca
w tym roku czterdziesta, okrągła, rocznica oryginalnego festiwalu Woodstock.
Tegoroczny Przystanek zgromadził też rekordową publiczność -
przybyło ok. 450 000 osób - w tym i MY :D
Tyle historii, przejdźmy może do relacji z tej niesamowitej dla nas wyprawy,
w końcu to XV Jubileuszowy Woodstock, a dla nas ten pierwszy,
wspólny więc tym bardziej godny opisania:)
Dzień 1
W dobie kryzysu gospodarczego oraz wzmożonej aktyności organizacji proekologicznych :)
zdecydowaliśmy się na Przystanek pojechać minimalizując zużycie energii.
Ekonomiczne auto, zapakowane po brzegi masą konsumującą i konsumowaną miało
przyczynić się do zmniejszenia emisji szkodliwych substancji do naszej atmosfery.
W drodze, jak i nasamym przystanku mieli nam towarzyszyć nowo poznani
woodstockowicze Kaja i Waldi (pozdrówka).
Wyjazd zaplanowany został na godzine 17, planowany przyjazd na okolo 20.
Tyle planów... rzeczywistość jak to zwykle bywa je szybko zweryfikowała.
Pierwszy poslizg nastąpił już w momencie docierania na umówione miejsce zbiórki (Zachodni PKP)
małe półgodzinne opóźnienie to co prawda jeszcze nic złego ale żeby już tak przed startem?
Pakowanie przebiegło bardzo sprawnie, co prawda producent samochodów marki Cinquecento
nie przewidział naszych planów upchania do tego samochodu czterech osób, zapasu piwa,
namiotów, śpiworów, jedzenia na 3 dni i zapasu ciuchów "na wszelki wypadek"
- dziękujemy naszym paniom ;) - ale od czego determinacja, Woodstock czeka!
Po wybiciu się z Poznania jazda szła już całkiem sprawnie, szybko pokonaliśmy trasę
Poznań-Kostrzyn... przepraszam, Poznań - Prawie Kostrzyn. Przed samym celem
natrafiliśmy na gigantyczny korek, niestety nie dało się go ominąć i
trawieni niecierpliwością, nadgryzani zębami drapieżnych komarzyc,
nękani ciekawością tego co tuż za zakretem, posuwaliśmy się w żółwim tempie
do przodu... znaczy ja sie posuwałem bo reszta towarzystwa urządziła sobie
pieszy spacerek coby nie siedzieć w dusznym aucie, i gdzie tu sprawiedliwość?
Nie bede juz nawet wspominał o tym, że całą droge zajęci byli sprawdzaniem jakości
zakupionych wcześniej wyrobów chmielopochodnych... a kierowca niech siedzi
cicho bo klimatu nie czuje.
Po ciężkich bojach i poszukiwaniach wolnego miejsca - a było to juz po
zmroku - udało nam się znaleźć kawałek wolnej przestrzeni pomiędzy namiotami.
Po drodze byliśmy świadkami ciekawej sceny, drogą biegło dwóch kolesi niasąc namiot,
nie złożony ale jakby po prostu podniesiony z ziemi... za nimi szedł jakis człowiek
zdając relację przez telefon: "Po prostu zabrali namiot i teraz gdzieś z nim idą... idę za nimi..."
Szybko się rozbiliśmy i uraczyliśmy kolejnym (dla kierowcy pierwszym :P) piwkiem.
Nie wiem czy to zmeczenie podróżą, poźna pora, kłopoty ze znalezieniem
miejsca do rozbicia namiotu czy wszystko razem spowodowały, że zdecydowaliśmy się
chwilkę odpocząć... chwilka trwała do rana.
W środku nocy obudził mnie tylko wrzask jakiegos "kogoś" próbującego wyartykuować swoje zdziwienie:
"Tej k...wa a teghooo namhioootuuu tu pszed chwila jeszczeeee nie byllloooo, hik".
Tak to właśnie jest na Woodstock'u... namioty pojawiają się i znikają,
czasami nawet bez wiedzy swoich właścicieli.
Dzień 2
Pobudka nie wiem o której ale jasno już było :)
Do naszych przyzwyczajonych do mieszczańskiego stylu życia głów jako pierwsza
zakradła się myśl o kąpieli... no może nie zaraz kapieli ale jakiejkolwiek wodzie gdzie możnaby
spłukać trud dnia poprzedniego.
Na Przystanku nie ma ogólnie rzecz biorąc czegoś takiego jak łazienki. Jest za
to cala masa TOI-TOI, kawał lasu i poletko na którym urządzono globalną łaźnię.
Stoi tam kilka rzędów umywalek i kranów z zimną wodą. Umywalki są
przeważnie pozatykane, a korzystająca z nich młodzież stara się zapamiętale
szorować wszystkie części ciała nie patrząc na rozchlapywaną dookoła wodę.
W efekcie stoi się po kostki w błocie, a pomiędzy umywalkami
możnaby niemalże urządzać rafting, rwące potoki wody porywają swoim nurtem co bardziej chuderlawych:P
Korzystanie z Woodstock'owej łaźni polega na czekaniu w kolejce na swoją kolej,
a gdy już dotrze się do wymarzonego kranu można poświecić się codziennej toalecie.
Oczywiście nie należy się dziwić gdy bedąc schylonym pod kranem podczas mycia głowy
zobaczy się obok stopę sąsiada lub co gorsza inne, już niecenzuralne części jego ciała.
Taki jest własnie Woodstock... swobodny i nieskrepowany.
Doszły nas słuchy, że na tegorocznym Przystanku będą prysznice ale tego luksusu nie udało nam się odnaleźć.
Po porannej toalecie przyszła kolej na śniadanko - oczywiście we własnym zakresie - a poźniej
wyprawę w niezbadane czeluście Woodstockowego miasteczka. Szybko przebrneliśmy przez wioskę
Hare Kryszna, stragany i bezbłędnie dotarliśmy do wioski piwnej :D:D:D po drodze była
jakaś scena i coś tam grali ale kto by na zwracał uwagę... w końcu PIWO czeka.
Złocity trunek był wyborny, z jedynego słusznego browaru. Kolejki za to długie i nużące...
dobrze, że mieliśmy w zanadrzu male conieco na czarną godzinę. Szybko przelaliśmy
zawartość do opróżnionych kubeczków po piwie i dalej delektowałiśmy się widokiem
tubylców śpiących gdzie popadnie... tym to dobrze, nie straszne im już trudy nadchodzącego dnia:)
W przerwie w konsumpcji piwa i innych napojów wysoce energetycznych zdecydowaliśmy, że nie można
spędzić całego dnia pijąc piwo i należy także zwiedzić pozostała część terenu
(tak naprawde skończyły nam sie fajki i trzeba było się ruszyć by poszukać miejsca gdzie można takowe nabyć).
W drodze do gastronimii mineliśmy skoki bungiee - długość kolejki nie pozostawiła żadnych wątpliwości -
skakać nie będziemy.
Nasze zainteresowanie wzbudziła błotna kapiel - nieodłączna częśc każdego przystanku Woodstock.
Do punktów w naszym planie zajęć dołączył kolejny... BŁOTO :D
Gastonomia na Woodstock to twór dość dziwaczny, najpierw stoisz w 15 minutowej kolejce aby kupić żetony
za które można nabyć dowolną pozycję ze średnio ciekawego menu... po odstaniu
nastepnej 15-minutowej kolejki oczywiście.
Własne, żelazne racje żywnościowe zabrane z domu ratują życie co mniej cierpliwym.
Wprawieni w doskonały nastrój po wizycie pod zielonymi parasolami zdecydowaliśmy się skorzystać
z Woodstockowej namiastki SPA jakim jest kąpiel w błocie. Od kiedy wspomnieliśmy
znajomym, że wybieramy się na Woodstock nękali nas opowieściami o błotnych ludziach,
którzy w stanie wyższego zintegrowania z ziemią znajdującą się pod ich stopami
atakują przechodniów doprowadzając ich do podobnego stanu jak oni sami.
Stwierdziliśmy, że nie damy się podejść, zaskoczymy wroga
jak na partyzanta przystało - od tylu, upodabniając się do niego.
Na pierwszy ogień jako najodważniejsza z nas poszła Moja Najukchańsza Ewelcia...
no może nie dokladnie poszła... i niezupełnie dobrowolnie...
wystarczyło, że pojawiła się na brzegu błotnego bajorka i momentalnie została wchłonieta przez zdziczały,
wysmarowany błotem tłum... znikneła nam na chwile z oczu, a gdy pojawiła sie ponownie nie przypominała już
znanej nam z nienagannej aparycji Ewelci... z resztą na zdjęciach zobaczycie sami.
Oczywiście nie czekając na tak bezpardonowe zaproszenie jakiego doświadczyła Moja Ewelcia sami niezwłocznie
dołączyliśmy do zabawy. Polecam wszystkim... Kaja nawet stwierdziła, że po tym zabiegu poprawiła się jej cera.
Kąpiel kąpielą ale jakoś trzeba z siebie zmyć to błoto... jak na złość z grzybka stojącego po środku
błotnego bajorka nie spływała ani kropla wody, co prawda wszyscy skandowali "woda, woda, woda..."
ale oczekiwany efekt nie nastapił.
Nie pozostało nam nic innego jak udać się do dobrze już nam znanych kranów... przez niektórych zwanych wodopojem...
Po szybkim szorowanku, małym posiłku i odpoczynku udaliśmy się w teren... powolny spacerek połączony
z wizytacją kramików oferujących przeróżne pamiatki doprowadził nas do sceny gdzie posłuchaliśmy między
innymi SUBWAYS z Wielkiej Brytanii.
Ten dzień zakończył się powrotem do namiotu około godziny 4. Szybki przegląd zdjęć z dnia,
małe buzi na dobranoc i nasze jestestwa odpłyneły do lepszego świata około godziny 5 rano.
Dzień 3
3 godziny snu muszą czasami wystarczyc...
mala dygresja i cos specjalnie dla Mojego Skarbulka... //fragment jednej z naszych ulubionych piosenek... :P
...
Nic nie pachnie
I nie smakuje mi
Tak jak Twoje ciało,
Kiedy budzisz się
Nic nie pachnie
I nie smakuje mi
Tak jak Twoje ciało
Nocą
...
Na trzeci dzień przypadło uzupełnianie zapasów... nadszedł więc czas na wycieczke do Kostrzyna.
Z Przystanku do miasta kursuja specjalnie podstawione autobusy (2 zł w jedną stronę).
Wszystko w zasadzie jest ok poza tym, że wbicie sie do środka graniczy z cudem... nam sie udało :)
W Kostrzynie zakupy, mały obiadek, krótka nasiadówka na trwace pod blokiem
w oczekiwaniu na transport (wino z plastikowej butelki smakuje w takich sytuacjach wybornie... :P)
i powrót na łono Woodstokowego światka.
Trzeci dzień w zasadzie upłynał nam na oczekiwaniu na godzinę 19...
koncert Dżem'u... lubimy klasyke :D
W międzyczasie ponownie odwiedziliśmy wioske Hare Kryszna. Poza przepysznym
i bardzo tanim jedzeniem o nieznanym składzie, można tam także znaleźć stoiska z literaturą
na temat tego wyznania. Można także zająć się bardziej przyziemnmi sprawami,
jak choćby pomalowaniem sobie twarzy w przepiękne wzorki. Usługa nie jest droga, za jedyne 5 zł
przyozdobiliśmy się przecudnymi barwami wojennymi made by Hare Kryszna :D
Tak przygotowani oraz przyodziani w zakupione u jegomościa siedzącego na
chodniku arafatki ruszyliśmy pod scene.
Bliskie spotkanie z fanami pod samą sceną zaowocowało kilkoma ciekawymi
fotami wirujących czupryn i fanatycznego wzroku
fanow niemalże w ekstazie odużających się dzwiękami ulubionej kapeli.
Dzieki poświęceniu Mojego Kochanego Skarbulka, mamy kilka całkiem ciekawych ujęć.
Ewelcia nie bacząc na niebezpieczeństwo wspięła się na moje ramiona z
aparatem w reku i razem podążyliśmy w tłum... :*
Po tym wszystkim przyszła kolej na koncert Dżem'u... namioty zostały
spakowane - po koncercie o zmroku byłoby to kłopotliwe - aparat poszedł w odstawkę -
niestety bo widok morza głów rozciągajacego się
na całym polu był godny uwiecznienia - i ruszyliśmy na długo oczekiwany koncert.
Powiem jedno, dopiero na koncercie znanej kapeli czuje się tak naprawdę klimat
Woodstock'u... cały obszar przed sceną, wielkie pole pełne głów, las rąk... wrażenie nie do opisania.
Po koncercie skoczyliśmy kupić coś do picia, tym razem bezlakoholowego, w końcu
za chwilę powrót - kierowca znów musi być trzeźwy, a mój Kochany Dzióbek postanowił
wspomóc mnie w tym jakże trudnym przedsięwzięciu i towarzyszył mi w męczącym stanie
trzeźwości do samego końca. Ale to wszystko nic... najgorsze miało dopiero nstać...
Noc...
Jak już wspomniałem wcześniej postanowiliśmy spakować się i złożyc namiot
przed koncertem Dżem'u aby póżniej nie mieć
już problemu i po prostu po zakończeniu koncertów wsiąść w samochód i ruszyć
w drogę powrotną.
Nasi przyjaciele mieli jeszcze kilka rzeczy do spakowania więc zostawiliśmy
im kluczyki od samochodu,
a sami poganaliśmy w kierunku znajomej muzyki dobiegającej już z
oddali (mieliśmy już kilka minut spóźnienia).
Po koncercie mieliśmy się spotkać i odebrać kluczyki aby mieć dostęp do
rzeczy i móc się przebrać gdy zrobi sie chłodniej.
Niestety... telefony czasami się rozładowują, a nawet jeśli działają to w
zgiełku trudno je usłyszeć... straciliśmy kontakt
z tymczasowymi właścicielami kluczy od naszego samochodu, naszego dobytku,
naszego mini woodstock'owego domku.
Robiło się coraz chłodniej, ja miałem tylo szorty, a Ewelcia krótkie
spodenki i koszulkę na naramkach.
Gdy zaczęło się zciemniać i chłód zaczł dawać się we znaki, a arafatki zdjęte z głów
i owiniete wokół Ewelci przestały wystarczać, zdecydowaliśmy, że kupimy sobie
chociaż jakieś koszulki, dadzą trochę ciepła, a i jakaś pamiątka po woodstocku zostanie.
Dwie białe koszulki, jedna dla mnie, druga dla Ewelci nie pomogły
niestety na długo. Chłod nie okazał się jedynym wrogiem z jakim dane nam było się
zmierzyć, wkrótce zaczęło padac.
Przyjął nas pod swoj dach namiot Hare Kryszna
(coś często dane nam było gościć w tej wiosce).
Usiedliśmy w tłumie ludzi, którzy jak my szukali tam schronienia i wtuleni w siebie
sluchaliśmy monotonnej mantry "Hare Kryszna Harre Harre...", tak chyba przez godzine...
Gdy przestało padać ruszyliśmy pod scenę w złudnej nadzieji spotkania tam
naszych wspóltowarzyszy...
Ilośc ludzi którą napotkaliśmy szybko rozwiała nasze nadzeje. Włócząc się tam i spowrotem
znów zaczął nam doskwierać chłód i kolejna fala deszczu.
W jednym z kramików kupiliśmy dwie zielone peleryny przeciwdeszczowe, niestety tylko
w rozmiarze dziecięcym - poprzednia fala deszczu wymiotła wszystkie inne.
Humor przestawał nam powoli dopisywać i od czasu do czasu dawał się jedynie słyszeć
śmiech, wynikający raczej z idiotyzmu sytucji w jakiej się znaleźliśmy,
niż z naszego faktycznego nastroju. Padajacy deszcz zagnał nas ponownie
pod dach Krisznowców gdzie nie rozbrzmiewała już jednak muzyka.
Sziedzieliśmy opatuleni w zielone kurtki przeciwdeszczowe, grzejąc się ciepłem wlasnych ciał i
serc, które zdawały się bić jednym rytmem jakby wierząc, że w ten sposob dodadzą nam sił.
Jakby tego było mało ekipa montażowa zaczęła rozbierać halę, która służyła nam do tej pory za
schronienie.
Nie pozostało nic innego jak poszukać nowego. Okazał się nim
inny z namiotów stojących w pobliżu, gdzie
jeden z Krisznowców prowadził wykład na temat ich filozofii. Usiedliśmy na
ławeczce, wtuliliśmy się
w swoje ramiona i oddając sobie nawzajem resztki ciepła jakie nam pozostały
wsłuchaliśmy się w jego słowa...
koleś chyba sie z choinki urwał bo tak chaotyczngo wykładu, takiego błądzenia
po faktach
i ciągłego usprawiedliwiania się, że juz dawno sie tego tematu nie ruszało i
chyba się zapomniało, dawno nie słyszałem...
Szkoda, bo widownia była całkiem spora i sądząc po pytniach nawet zaznajomiona
z tematem. Ta noc na długo pozostanie nam w pamięci, była wyjątkowa, magiczna,
dzieliliśmy w niej ten sam los, wpółodczuwaliśmy te same niedogodności
i tak samo odczuwaliśmy niemożność zrobienia czegokolwiek... i cały czas
dodawało nam sił spojrzenie tej drugiej osoby, jej smutny uśmiech
i iskierki schowane gdzieś głęboko w zmeczonych oczach.
| |
Kochanie... Dziekuję Ci za tę noc. |
 |
W tym miejscu czas upłynął nam do końca koncertów. Podreptaliśmy w okolice,
gdzie mieliśmy zaparkowany samochód i wspólnie
z Waldkiem i Kają ruszyliśmy w droge powrotną. Domek przywitał nas około godziny
6 rano. Warto było. Mimo wszystko.
Dodano: 2009-08-07
|
|
|
|
| Komentarze (8)
|
|
|
|
|
|

Długi Weekend 2009
Środowisko przyrody ma swoje zasadnicze rytmy, którym też człowiek
podlega. Jest to rytm dnia i nocy - wysiłku życia i odpoczynku, ale też
jasności i ciemności, rozumu i ślepych namiętności ekstazy...
Dodano: 2010-07-20
Safari Zoo 2009
Ciepły słoneczny dzień, paliwo w baku zatankowane, koszyk piknikowy spakowany...wyruszyliśmy...tylko ja cały czas nie wiem gdzie?
Dodano: 2010-06-06
Closterkeller 2010
Ostatni weekend marca, pogoda nieciekawa, słońce jakby zniechęcone wszechobecną szarzyzną nie ma choty wyglądać zza chmur. Jednak my nie sugerujemy sie tym co na zewnatrz, nam wystarcza zapał i gorączka w sercach.
Dodano: 2010-05-04
Piwobranie 2009
"Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, byśmy byli szczęśliwi" Benjamin Franklin
Dodano: 2010-04-07 19:43
Czarna Góra 2009
Czarna Góra-nazwa znana chyba wszystkim miłośnikom sportów zimowych. Mała miejscowość położona w masywie Śnieżki, około 6 kilometrów od Stronia Śląskiego. Tam właśnie jedziemy...
Dodano: 2010-03-23 17:00
Drezno 2009
Drezno? Znajomi Krzyska. Koncert The Sisters of Mercy? Brzmi zachęcająco... Godz. 18h. Zjeżdżamy się do mieszkania Agaty...
Dodano: 2010-02-27 23:02
Park Linowy 2009
Ciepłe, słoneczne południe. Niedziela - dzień wolny, przeznaczony na słodkie lenistwo. Nie, to nie tak było :p
Dodano: 2010-02-01 20:45
Karpacz 2008
Spotkanie, rozmowa, ostatnie ustalenia (to już rodzaj Naszego rytuału), szybkie pakowanie, czas pędzić na pociąg....
Dodano: 2010-01-18 22:41
Biskupin 2009
Ta niewielka osada biskupińska jest najbardziej znanym w Europie Środkowej rezerwatem archeologicznym.
Dodano: 2009-11-29 18:00
Spływ Piławą 2009
Rzeka Piława - Nasz pierwszy wspólny spływ kajakowy.
Dodano: 2009-10-24 19:50
Castle Party 2009
Widzieliście kiedyś bladą kobiecą postać w ostrym, ciemnym makijażu, która snułaby się ulicami miasta
Dodano: 2009-09-26 16:00
Woodstock 2009
Woodstock, woodstock, woodstock ... to słowo rozbrzmiewało ostatnio coraz częściej wsród naszych znajomych
Dodano: 2009-08-07 14:00
|
|